nowy adres

11/19/2011

Tao szycia na miarę.




Pamiętacie Lestera Burnhama z Americam Beauty? Kiedy prosi swojego sąsiada o pomoc w poprawie formy, ten pyta go- „Co chcesz osiągnąć?“. Odpowiedź Lestera jest prosta i szczera- „Chcę wyglądać dobrze nago“. Wyglądać dobrze nago… albo szerzej, być atrakcyjnym dla płci przeciwnej (lub tej samej) czy nie o to chodzi? Pomyślałem o tym ostatnio kiedy w ramach akcji asystent bespoke (patrz ostatni akapit tego wpisu) omawiałem kolejne zamówienie. Na moje pytanie „Co chcesz osiągnąć?“, usłyszałem- “Chce popatrzeć w lustro i pomyśleć, ale ciacho. Lester nie powiedziałby tego lepiej.




Na czym to polega? Dlaczego wierzymy, że ubrania szyte na miarę zrobią z nas "ciacha"? Czy nie za bardzo ufamy w magiczną moc krawieckiego mydła? Za bardzo… Przyznaję, że sam padłem ofiarą obietnicy sylwetki adonisa. Eksperymentowałem z krojem marynarki starając się poszerzyć w barkach, walczyłem z krojem spodni żeby ukryć biodra… i co? I nic. Ciągle nie wyglądam jak Brad Pitt.  W końcu zacząłem, jak Lester, pompować żelazo. To skuteczniejsze.

Nie czarujmy się. Moc krawca w kwestii maskowania niedoskonałości figury jest minimalna. Sprowadza się do niuansów, zresztą bardzo dyskusyjnych (o czym świadczy chociaż ostatni wpis na blogu Szarmant.pl).

Czy to znaczy, że szycie na miarę nie ma sensu i wracam do znacznie tańszego ready to wear? Nie… spokojnie. Rewolucjonista nie przyłącza się do Wandei. Zostaję przy moich szurających kapciami krawcach, ale bogatszy o pewną wiedzę i doświadczenie. Moi panowie… tu chodzi o coś zupełnie innego. Zastanawiacie się jaki krój ubrania wybrać na kolejne zamówienie? Czy marynarkę na 2, 3 a może jeden guzik? Klapy w szpic czy nie? Jaki styl i krój jest najlepszy dla waszej sylwetki? To nie ma żadnego znaczenia… albo ściśle, ma minimalne znaczenie. Nie zawracajcie sobie tym zbytnio głowy. Jeśli marzycie o czymś… bo zobaczyliście inspirujące zdjęcie, albo jakiś obraz kołacze się wam w głowie- go for it. Miejcie frajdę z zamówienia i bawcie się dobrze. Ok… trzeba zachować zdrowy rozsądek, zalecam ostrożność przy najbardziej ekstremalnych pomysłach, ale, ucinając je, dajmy sobie więcej luzu.  Ubranie dobrze dopasowane naprawdę zniesie dużo. Moje wpadki tak naprawdę mają problem z dopasowaniem właśnie, a nie z wyborami stylistycznymi.  Dopasowanie- jeśli ono jest dobre, nie ma się co martwić o resztę.

Szycie na miarę daje nam ogromną broń. Wolność, całkowitą wolność w kształtowaniu swojego stylu. I o to chodzi. O swój styl, o osobowość, o pokazanie światu środkowego palca kiedy paradujemy po ulicach, niscy, grubi, garbaci, albo tyczkowaci w tych swoich krawatach, śmiesznych spodniach i z poszetkami. Szyjmy ubrania o jakich marzymy, bez dzielenia włosa na czworo. Nośmy je z uśmiechem i pewnością siebie na twarzy, a Lester Burnham nam pozazdrości. Dlaczego? Bo najbardziej seksowną rzeczą na świecie jest nie płaski brzuch, nie sylwetka w kształcie V, ale pewność siebie.

15 komentarze:

J. pisze...

Piękny post. To jest esencja tematu. :)

Już od dłuższego czasu kołacze mi się po głowie myśl, że cała masa osób bawiących się (!) w męską elegancję kompletnie omija najciekawszy aspekt tej zajawki. A moim skromnym zdaniem to jest to: zabawa. Ekspresja i własne dobre samopoczucie. Nie - dorabianie metafizyki ("tylko krawiectwo miarowe. Z twoją sylwetką w niczym nigdy nie będziesz wyglądał dobrze. TYLKO krawiectwo miarowe."), wieczna pogoń za "poprawą sylwetki" i ciągłe rozkminianie "co pasuje i co sprawi, że będziemy wyglądać lepiej". "A czy dwurzędówka powyżej 80 kg przy 180 cm to dobrzy pomysł"?! Co jest "poprawne"? Co jest "klasyczne"? "Zgodne z kanonem"? "Masz obrazek z Apparel Arts na potwierdzenie?" I wszystko, kurcze, wiedzą, absolutnie każdą stylizację potrafią rozłożyć na czynniki pierwsze ("skróć spodnie o 0,8cm, wydłuż marynarkę o 2mm, rękawy za długie, a kozerka powinna leżeć o 0,182789 cm wyżej, żeby były pionowe linie i groszki w sylwetce"), tylko o jednym nie mają pojęcia. Jak nosić klasyczne męskie ciuchy i mieć z tego wielką radochę.

:)

PWG pisze...

Święte słowa Panie Wojtku! :)

btw. widziałem dziś Pana popołudniu w Galerii Mokotów i zacząłem strasznie żałować, że tak rzadko można w Polsce oglądać tak świetnie ubranych mężczyzn.

Pozdrawiam,
Paweł

Walter Szarmant pisze...

Bardzo dobry wpis, choć może końcówka trochę zbyt cheesy w stylu amerykańskich komedii romantycznych bo gruby i garbaty też jest piękny ;)

Widzę że trochę zmieniasz podejście i już nie piszesz o rozsądnym granatowym garniturze o gładkiej fakturze na 2.5 guzika.

Szycie na miarę daje nam rzeczywiście pełną wolność i dowolność w doborze stylu. Daje nam też pewną snobistyczną satysfakcję, że nie korzystamy z garniturów z konfekcji sklepowej. Nie wiem czy to drugie nie jest równie ważne. Taka osobista satysfakcja z noszenia rzeczy zrobionych tylko i wyłącznie dla siebie. Myślę że także za to jesteśmy gotowi płacić pieniądze dla dużej części społeczeństwa nie do przyjęcia za ubranie.

Nie ma się co czarować, gruby nie będzie chudy, a szczupły nie będzie atletą dzięki dobremu garniturowi. Szyjemy po to u krawców, żeby pozwolić sobie na realizację naszych szaleństw. Ale żaden krawiec i żaden najlepszy materiał nie zrobi z nas atrakcyjnych facetów. Od tego jest basen, siłownia, odpowiednia dieta i oczywiście dobra literatura. Rozwój fizyczny i intelektualny. Ubranie jest tylko wysmakowanym dodatkiem do całości, ramą dla obrazu którym jest nasze ja.

J. pisze...

Ależ ostatni akapit wcale nie jest serowy. Też mi się zdaje, że pewność siebie to naprawdę najbardziej pożądana cecha w zestawie, który nazywa się "atrakcyjność" i czasem nie potrzeba do tego ani siłowni ani basenu ani odpowiedniej diety. Choć literatura się przydaje. Granatowy garnitur na 2,5 też.

;-)

Anonimowy pisze...

czy można już nosić czarną marynarkę w dzień (dobrze dopasowaną oczywiście)? :-)

Macaroni Tomato pisze...

Ha HA HA !!! Zostawiam bez odpowiedzi :)

Walter Szarmant pisze...

Czarna marynarka na cmentarz pasuje idealnie :)

Anonimowy pisze...

Ciesze sie, panie Wojciechu ,ze powstal ten wpis na Twoim blogu,swiadczy to o jednym,ze nie stoisz w miejscu i ciagle sie rozwijasz, poszukujesz odpowiedzi ,bez zbednego patosu i pseudo nadinterpretacji w szyciu na miare.
pozdrawiam
rafal

Grzegorz S. pisze...

Zaki, przecież czarna marynarka, choć jest nudna pasuje także na wieczór, na stypę, do kościoła. Znajdzie się więcej zastosowań (np politycy do sejmu uwielbiają czarne marynarki, wręcz je ubóstwiają).
Czy ćwiczenia poprawiają sylwetkę, na pewno tak, ale ćwiczenie, bądź nie ćwiczenie jest bardzo ryzykowne. Wiem na swoim przykładzie, że gabaryty ciała zmieniają się po zaczęciu, bądź zaniechaniu ćwiczeń, a jeśli się ma idealnie, bądź prawie idealnie dobrane ubrania, wtedy pojawia się problem. Bo przyrost masy nawet o 1, czy 2 kg powoduje, iż coś się staje gdzieś za ciasne, za krótkie.

Btw. Wpis świetny, podoba mi się podsumowanie i wiele jest w tym prawdy.
Chciałbym zobaczyć Wojtka w jakimś płaszczu, albo najlepiej w kilku płaszczach (nie jednocześnie) :)
Pozdrawiam apatura.

Macaroni Tomato pisze...

Ha! Płaszcze zlecony do szycia. Mam nadzieję, że przed świętami będę go mógł zaprezentować.

Co do zmiany wymiarów i dopasowania ubrań... Mam taką teorię, że ubrania na miarę mają sporą tolerancję na zmianę wymiarów. W jakiś osobliwy sposób są "rozciągliwe" i trzeba naprawdę mocno się zminenić, żeby przestały nadawać się do noszenia. Nie mówiąc o tym, że można je przerabiać. Mnie właśnie czeka teraz fala zwężania spodni w udzie i pupie.

Grzegorz S. pisze...

Okres jesienno-zimowy się zbliża, zatem rowery odkładamy w kąt, a potem trzeba zwężać.

Anonimowy pisze...

Ja też dołączam się do pochwał tego wpisu, BRAWO! Pana blog oraz niedawny konkurs zainspirował mnie do poszukania krawca w Krakowie i uszycia marynarki, takiej jakiej nie jestem w stanie znaleźć w sklepie. To naprawdę pasjonujące, wybór materiału, rozmowa o detalach...W najbliższą środę idę do pierwszej przymiarki, jak efekt końcowy będzie zadowalający pochwalę się na forum. Tymczasem pozdrawiam z Krakowa

A. pisze...

Wiele osób chyba zapomina o tym, że najseksowniejszą rzeczą jest pewność siebie.

Dobrze, że są takie blogi jak ten. I dobrze, że są TAK dobrze ubrani faceci jak Pan, w tym naszym szarym momentami Kraju.




Zapraszam na mojego bloga, dopiero zaczynam, a taki gość jak Pan, będzie prawdziwym zaszczytem ;)
www.afteryourownheart.blogspot.com

Anonimowy pisze...

Pewność siebie to taki rodzaj blefu: oznajmiam światu, że mam coś, co uzasadnia moje doskonałe samopoczucie. Więc albo gramy do końca podbijając stawkę, albo wyposażamy się w cechę / zasób / umiejętność, która pewność siebie choćby częściowo broni. Ot, na wypadek, gdyby ktoś zawołał: sprawdzam.

Anonimowy pisze...

Ten Pan na zdjęciu, to Hiroyuki Sasaki, właściciel kilku firm odzieżowych. M.in.: największej luksusowej marki ubrań męskich w Japonii, Tomorrowland. Kto jak, kto ale On potrafi ocenić dobry męski styl. Prywatnie niezwykle ciekawy i uroczy człowiek.