nowy adres

2/06/2012

Liverano & Liverano





Antonio Liverano przyjął mnie ze wszystkimi honorami, szczerze zdziwiony, że z Polski przychodzi zainteresowanie włoskim krawiectwem. Był ujmująco grzeczny, cierpliwie ze mną rozmawiał, mimo, że obok trwała przymiarka klienta z Japonii. Czasem tylko przepraszał na moment, aby dać wskazówki współpracownikom. 

Był gentlemanem w każdym calu, zaczynając od stroju, własnego stylu, manier, tej mieszanki grzeczności i pewności siebie, która jest pełna szacunku dla rozmówcy, ale też szacunku dla siebie wymaga. O Antonio Liverano wiem mało, ale siedząc naprzeciw tego człowieka miałem pewność, że rozmawiam z postacią o dużym formacie.

To była prawdziwie dwudziestowieczna opowieść. Takich zawodowych karier już się nie robi, już się nie podchodzi tak do fachu. Nie ma już tej pokory, umiejętności czekania, ostrożności w nazywaniu się mistrzem. Antonio trafił do zawodu w wieku 7 lat w roku 1945. Biegał z tornistrem do pracowni swojego mistrza, ale zanim pozwolono mu tknąć drogich materii, igieł czy krawieckich nożyczek, przez dwa lata jego jedynym zadaniem było napełnianie żelazek rozżarzonymi węglami. Wyobraźcie sobie jak trudne i niebezpiecznie musiało być to zadanie dla kilkulatka. Ile oparzeń, ile płaczu po kątach pracowni musiało okupić wstęp do zawodu. Dopiero po dwóch latach pozwolono mu wykonywać odpowiedzialniejsze prace jak prucie pierwszych miar. Dziś Antonio uważa, że dobry wiek na rozpoczęcie nauki zawodu to 20 lat. Potrzeba minimum 10 aby zdolny uczeń został samodzielnym krawcem. Na moje pytanie ile trzeba aby dojść do poziomu mistrzowskiego, odpowiedział sentencjonalnie "tutta la vita".




"Tutta la vita"...Może właśnie dlatego trudno dziś o uczniów? Jaki 20 latek chce czekać całe życie na osiągnięcie pozycji dającej szacunek i prosperitę?



Poprosiłem Liverano o wyjaśnienie różnic miedzy krawiectwem florentyńskim, rzymskim i neapolitaskim. Zjeżył się bardzo i rzekł, że tylko we Florencji jest prawdziwe włoskie krawiectwo, a reszta się nie liczy.  Po chwili zreflektował się, wyjaśniając, że tamtejsze krawiectwo jest po prostu inne, a nie gorsze. Ale cóż, pierwsze słowo do dziennika.

Neapol jest znany bo tam ciągle czynny jest zawodowo wielu krawców (we Florencji zostało ledwie kilku), wiec rzeka neapolitańskich garniturów zalewa rynek, daje się zauważyć, tworzy trend. Rzym... Znane marki, mocna konstrukcja i wypełnienie ramion (oczywiście na polskie warunki ciągle w ramionach nie ma prawie nic, a konstrukcja jest lekka).  Florentyńskie krawiectwo to przede wszystkim wygoda. Garnitur ma być jak druga skóra, ubranie do pracy, do gry w golfa, do zabawy z dzieckiem w parku... Od Liverano (jak sadze żadnego włoskiego krawca) nie usłyszycie rady, aby marynarkę do samochodu zdejmować, że nie jest to ubranie "do rąbania drewna". Otóż jest jeśli klient ma taki kaprys.

We Florencji konstrukcja marynarek jest bardzo lekka i miękka. Do ramion nie daje się w ogóle niczego. Rozwarcie bezetsu jest bardzo duże, ma charakterystyczny kształt upodobniający nieco front marynarki do żakietu. Osobiście taki kształt niespecjalnie mi się podoba. Najważniejszą jednak cechą jest osobliwa konstrukcja. Cały front uzyskuje swój trójwymiarowy kształt dzięki jednemu szwowi. Zerknijcie na zdjęcie. Widać, tylko jeden szew idący od pachy do kieszeni. A teraz porównajcie to z tym co wisi w waszych szafach. Szew będzie szedł do samego dołu marynarki, ponadto będziecie mieli jeszcze jeden biegnący od kieszonki piersiowej. Taka konstrukcja wymaga dużych umiejętności w modelowaniu żelazkiem i jest bardzo wymagająca dla krawca.




Zresztą nie tylko to jest wymagające dla krawca. Naprawdę wysoka jakość włoskiego ready-to-wear powoduje, że krawcy nie mają lekko. W Polsce sprawa jest łatwiejsza. Dobra konfekcja jest dostępna, ale za ogromne pieniądze (Zegna, do niedawna jeszcze Pal Zilieri, od niedawna Brioni). Cała reszta oczywiście nie wytrzymuje porównania szyciem na miarę, dlatego do krawców ciągle zachęcam. To polska specyfika, ale nad Wisłą bespoke to często konieczność i  „poor man’s choice“.

We Włoszech oczywiście nie.  Niestety na tym pole mojej ekspertyzy się kończy. Włoskiego szycia na miarę nie próbowałem, a mam straszną ochotę. Sprawę znam tylko z relacji, tym cenniejszej, że dokonanej przez osobę szyjącą też w Polsce. Na czym polega więc różnica? Mój rozmówca (niech pozostanie anonimowy) wskazał na dwie największe. Po pierwsze tu, wyjściowy krój nie jest taki ważny. Marynarka uzyskuje swój kształt, swoją formę, dopiero na przymiarkach, których przy pierwszym zamówieniu potrzeba nierzadko 4 czy 5. Ruch, komfort, są kluczowe. Marynarka ma mieć swoją linię, formę, ale nie jest ściśle dopasowana. Wbrew pozorom włoskie marynarki mają sporo luzu. 


Krawiec ma swoją wizję, którą konsekwentnie realizuje. I tu jest kolejna różnica. Krawcy mają swój styl, który da się odczuć w każdym zamówieniu. Dyskusje z nimi nie są wskazane, często po prostu nie słuchają uwag klienta, albo wdają się w niekończące dyskusje dotyczące proporcji czy stylu. Czyli postawa „robimy wszystko“, nie oznacza (jak często w Polsce), że klient ma wpływ na każdy aspekt zamówienia jeśli tylko zna się na sprawie. We Włoszech kluczową decyzją jest więc wybór krawca. To on, jego poprzednie prace, mają dać klientowi pojęcie o finalnym efekcie.

Zacząłem czynić przygotowania do swojego pierwszego zagranicznego zamówienia (daleka przyszłość). Odrzuciłem Florencję ze względu na ceny (północni krawcy są drodzy). Odrzuciłem Rzym, ze względu na styl. Został mi poczciwy Neapol (tam można ciągle znaleźć stosunkowo taniego, dobrego krawca). Ale tu zabawa się dopiero zaczyna. Im dalej w las, tym więcej drzew. Szkół neapolitańskiego krawiectwa jest kilka. Szkoły dzielą się na podszkoły, a krawcy często piszą u kogo uczyli się zawody, aby dać klientowi jeszcze lepsze pojęcie z czym będzie miał do czynienia. Z pobieżnych analiz wyszło mi, że szukam kogoś ze szkoły Angelo Blasiego, który odnowił i zmodernizował neapolitańskie krawiectwo… Ale dalibóg, ciągle nie wiem na kogo się zdecydować. 


18 komentarze:

Simply a Lifestyle pisze...

bardzo sympatycznie czyta mi się Twojego bloga, wyjątkowo podoba mi się Twój sposób pisania :)
pozdrawiam gorąco i zapraszam do mnie na bloga :)

Anonimowy pisze...

takie wpisy lubię :)

Anonimowy pisze...

Miło zobaczyć zdjęcie z Włoch z polskim akcentem w tle. A jeszcze przyjemniej, kiedy na pierwszym planie jest tak gustownie ubrany mężczyzna. Barwy żywe, ale jednocześnie nie krzykliwe.

Pozdrawiam
Michal.

Przemek pisze...

Świetnie czyta się Pańskie relacje. Życzę Panu wytrwałości, a sobie życzę dylematów podobnych do tych, które ma Pan w ostatnim zdaniu.

Anonimowy pisze...

Tekst jak zwykle świetny.

Natomiast może ktoś mi powie, cóż to za obraz widoczny na pierwszysm zdjęciu? Świetny jest!

Macaroni Tomato pisze...

Tamara Łępicka, czyli "polski akcent" o którym wspomniał Michał w swoim komentarzu.

Anonimowy pisze...

Podoba mi się ten wpis. Więcej zdjęć z pracowni Liverano & Liverano do obejrzenia pod tym linkiem:
http://avisitto.wordpress.com/2008/07/07/liverano-liverano/

Angelo Blasi był epigonem stylu angielskiego w Neapolu. Watował ramiona południowców niczym Turbasa w Krakowie. Zaskakujesz mnie tym kierunkiem poszukiwań w neapolitańskim krawiectwie, bo do tej pory fascynowały Cię marynarki bez wypełnień i o lekkiej konstrukcji. To była innowacja Vincenzo Attoliniego w latach 30. XX w.

Üxküll

Macaroni Tomato pisze...

To zdaję się, że inaczej zrozumiałem szkołę Blasiego. Cóż... wracam do reaserchu.

Anonimowy pisze...

To może Gennaro Solito, mistrz miękkich ramion bez wypełnień?
http://www.sartoriasolito.it/

Üxküll

Macaroni Tomato pisze...

Solito to jest właśnie ta stara szkoła. Z dużym luzem i wręcz przedłużoną linią ramion. Nie do końca o to mi chodzi.

Anonimowy pisze...

Lempicka.

Kopia.:)

Anonimowy pisze...

Tamara Łempicka :)

Macaroni Tomato pisze...

No tak, moja wersja niepoprawna.

Balthazar pisze...

Panie Przemku
Nie rozumiem Pana wypowiedzi na temat szkoły Angelo Blasiego przecież może Pan zobaczyć jak wygląda marynarka zrobiona przez jego Sartorie i jest to bardzo typowa konstrukcja Neapolitańska gdzie nie znajdzie Pan żadnej waty w ramionach.
Chyba że chodzi Panu o jakiegoś innego Blasiego.

A tak przy okazji Angelo Blasi będzie gościem Balthazara pod koniec lutego.

Pozdrawiam
Wojtek

Macaroni Tomato pisze...

Panie Wojtku, Angelo Blasi o którym myślimy z Przemkiem nie żyje. Działał głównie w latach 60tych i rzeczywiście widać było w jego krawiectwie mocne angielskie wpływy z wyraźnie wypełnionymi ramionami, większym dopasowaniem, "czystymi" liniami marynarki.

Styl Attoliniego, Rubinacciego jest inny. Więcej luzu w klatce piersiowej, czasem wręcz przedłużona linia raimon, bardz miękko, linie nie są tak czyste. Mówi się, że Blasi był krawcem bankierów, a Rubinacci krawcem arystokracji. Styl Blasiego był bardziej północny (w sensie Rzym, /Mediolan), nie stricte angielski.

Myślę, że w stylu S. Partenopea widać to choćby w dopasowaniu marynarek.

Macaroni Tomato pisze...

doczytuje, że wielu uczniów Blasiego odchodziła stopniowo od stylu mistrza, adoptując elementy stylu Attoliniego, tworząc jeszcze inną gałąź neapolitańskiego krawiectwa.

Anonimowy pisze...

Zawiłości róznych technik krawiectwa neapolitańskiego można prześledzić:

a) bezpłatnie we wpisie na blogu:
http://irenebrination.typepad.com/irenebrination_notes_on_a/2009/07/the-art-of-tailoring-the-neapolitan-school.html

b) w książce:

Nick Foulkes: Rubinacci and the Story of Neapolitan Tailoring (2011);

c) na DVD O'Mast, reż. Gianluca Migliarotti (2011).

Więcej informacji o neapolitańskim krawiectwie w Przewodniku miejskim na forum bespoke.pl.

Pozdrawiam
Przemek aka Üxküll

theheritageherr@blogspot.com pisze...

Hi!

It´s a kind of pleasure to read what You have to say about Liverano. I have one of his work in my wardobe & few others most Neapolitans like Kiton,Brioni, Rubbinaci by Attolini od Gianni Campagna from Mediolan. I met Liverano once when I bought a RTW suit and I love it since then, more than others becouse it´s different and lighter. In my opinion Blasi school was more for bankers and lawers when Attolinis are more for aristocrats. Others goes with theirs visions and are just slightly different from each others. The point is: as far you will go as difficult vill be to cover that matter.

Cheers
Alexander